Kije i marchewki, część II

Kary przynoszą korzyści wyłącznie dorosłym. Pozwalają im rozładować swoje emocje. Niestety kosztem dzieci. Zwykle dają szybki efekt – wprawdzie na chwilę (przypominam, że działanie kar znika, gdy mija strach), zatem nietrwały, bo bez wewnętrznego przekonania, że tak nie należy postępować dziecko wraca do niechcianych przez rodzica zachowań. Jednak na ten moment rodzic ma przysłowiowy święty spokój.
Kary pozwalają dorosłym zachować złudne poczucie, że spełniają się w roli wychowawczej – coś robią, to coś daje skutek. Nieważne, że niekoniecznie dobry i trwały. Taka sytuacja jest emocjonalnie lepsza, niż konieczność zmierzenia się z własną bezradnością, czy bezsilnością, kiedy nie znajdujemy sposobu, żeby wpłynąć na zmianę zachowania dziecka.
Dzieci zachowują się niezgodnie z oczekiwaniami dorosłych z wielu różnych powodów – ze swej natury są ciekawe, lubią eksperymentować, poznawać świat, badać jak daleko mogą się posunąć. Nie ma w tym intencji złośliwej, wymierzonej przeciwko rodzicowi czy wychowawcy. Dopiero pod wpływem stosowania kar rodzą się takie intencje, bo jak wspomniałam wcześniej rodzi się chęć wzięcia odwetu. A jak można się zemścić na kimś, od kogo jestem zależny? Przez przekorę, bunt jawny (nie zrobię!) lub ukryty (zrobię najwolniej i najgorzej, jak się da). Dziecko broni się przed byciem przedmiotem naszych oddziaływań, najlepiej jak potrafi.
Dlaczego zatem stosujemy kary? Z przyzwyczajenia – bo nas karano. Z braku pomysłu i umiejętności, jak można inaczej postępować, żeby nauczyć dziecko, że należy stosować się do pewnych zasad. Z wygody – nie trzeba się zastanawiać, dlaczego zależy mi na zmianie zachowania dziecka, ani wysilać nad pomysłem, jak trafić do jego przekonania. Z powodu emocji, którym ulegamy – rozgniewany czy rozżalony rodzic łatwiej zareaguje odruchowo, dając upust swej złości. Wreszcie z przekonania, że skoro ja wyrosłem na porządnego człowieka będąc karany, to należy tak robić, a wtedy nasze dzieci „wyjdą na ludzi”.
I nie zapominajmy o jeszcze jednej przyczynie – dzięki ekspertom, którzy umacniają nas w przekonaniu, że bez kar nie ma wychowania. Oczywiście w połączeniu z nagrodami, ale jednak…

Katarzyna Zawadzka.

Wpis “Kije i marchewki, część II” skomentowano 6 razy

  1. Edyta Lis-Tarczyńska pisze:

    Podoba mi się i czuję bluesa. Czekam na ciąg dalszy. Bo jeśli nie kary i nagrody to pewnie zachęcanie do współpracy i negocjowanie, modelowanie własnym przykładem i co jeszcze…? Jestem za!

  2. Internetowy włóczęga pisze:

    Kim i gdzie są owi „eksperci” od budowania dobrych relacji społecznych (gdziekolwiek)?

    Kary i nagrody w wychowaniu… cóż, są ale czy być muszą? Oczywiście, że NIE, bo nic pozytywnego nie wnoszą do życia zarówno młodego, jak i dorosłego człowieka.

    Pani Kasiu, jestem pod wrażeniem tak trafnych i wspaniałych przemyśleń, bo przecież „…w wychowaniu chodzi nam o uzyskanie dobrego wpływu na dzieci tak, aby uznały one za swoje własne wartości i normy, dzięki którym ludziom żyje się ze sobą nawzajem lepiej…”

    Podzielę się oto taką reflekscją-cytatem z majowych „Charakterów”:
    „Ludzie powinni być przygotowywani i wychowywani do życia w społeczeństwie, we wspólnocie. Proces wychowawczy jest dziś ukierunkowany na posługiwanie się i kooperowanie z coraz to nowszymi przedmiotami i technologiami.”
    Ogranicza to tę tradycyjną eksplorację świata, choć daje jednocześnie nowe możliwości, czasem również te nowe kije i marchewki niepotrzebne flustrujące zarówno rodziców i ich podopiecznych.

    Tworzą się nowe rodzaje zagrożeń, więc gdzie jest miejsce dla tego małego poszukiwacza i jak go inspirować do aktywnego i twórczego poznawania otaczającej rzeczywistości bez konieczności stosowania kija i marchewki?
    Kiedyś wychowywano mnie na pewnych tradycyjnych niby uniwersalnych zasadach, np. „Za dobre wynagradzać, a za złe karać”.
    Wielu nadal nie wie na czym polega wychowanie, przenoszą bezkrytycznie swoje osobiste doświadczenia i wzorce od rodziców, upraszczają relecje społeczne w rodzinie… działają również na własną szkodę, kijem i marchewką również, bo przecież kiedyś role mogą się odwrócić.

  3. borsuk pisze:

    ops, z całym szacunkiem, ale sporo naiwnego idealizmu w tym, co Pani pisze. To bardzo szlachetne w intencjach, ale jako żywo przypomina mi klimatem naiwny i szlachetny zapał autorów marksistowskich teorii społecznych. Nie oskarżam pani o marksistowskie sympatie, żebyśmy się dobrze zrozumieli. To tylko przykład. Na to jak dobre intencje mogą doprowadzić do opłakanych skutków.
    Kary są różne proszę Pani. O ile co do kar cielesnych można się spierać, czy mają sens czy nie (ja uważam, że w formie symbolicznej mają, nie od parady przyroda dała ja do dyspozycji wszystkim ssakom i wszystkie z nich korzystają, oczywiście zwierzęta nie doprowadzają do rzeczywistych fizycznych uszkodzeń młodych, to specjalność ludzi). Ale są przecież i inne „kary”. Młode osobniki ludzi w pewnym wieku nie rozumieją że przekraczanie pewnych granic może spowodować ich autentyczne, często groźne dla ich istnienia zagrożenie. Próby tłumaczenia im nic nie dadzą, bo nie zrozumieją. W takich przypadkach zwykły lekki klaps potrafi zdziałać cuda. To Natura tak działa – tak samo jak w przypadku innych ssaków. Cud natury po prostu. A przecież młodzi ludzie szukają i zawsze będą szukać granic. Cud Natury jakim jest właściwa kara może uratować inny cud Natury – życie.
    Kwestią edukacji jest takie wychowanie ludzi, aby dorośli nie przekraczali granicy kary – by kara nie przeradzała się w formę zdegenerowaną, w to co Pani opisała – na przykład w formę rozładowywanie własnych frustracji. To jest rola psychologów, wychowawców, etyków. Edukacja ludzi by kara się nie wyradzała.
    Co do pomysłu narzuconej likwidacji kar, przypomina mi on pomysł skłonienia ludzi by jedli tylko trawę. Być może zadziała to na krótką metę. Ale skutki długofalowe będą fatalne.

  4. Katarzyna Zawadzka pisze:

    Zacieram ręce widząc, że temat Państwa ożywił i skłonił do dyskusji. Co do teorii ewolucji, to na ile pamiętam w swej ubogiej wiedzy szkolnej, chodzi w niej przede wszystkim o to, że przetrwać mogą jednostki najsilniejsze i najlepiej przystosowane. Jeśli się mylę, proszę mnie poprawić. Ale jeśli tak, to rodzaj ludzki, jako obdarzony rozumem i wolną wolą pokazuje, że bywają od tej teorii wyjątki i to całkiem pokaźnych rozmiarów. Mamuty i dinozaury wyginęły, my ciągle nie. Choć być może porównanie nie do końca jest trafne w perspektywie czasowej szczególnie. Oczywiście – jak niektórzy z Państwa słusznie przewidzieli – będzie także ciąg dalszy o tym, co zamiast kar. Cierpliwości i do przeczytania. Pozdrawiam.

  5. borsuk pisze:

    przepraszam, raczej populacje niż osobniki 🙂 – to o tej ewolucji. Ochrona młodych również służy przedłużaniu istnienia populacji, gatunku. Jeśli jedynym sposobem na ochronę młodych jest skarcenie, to gatunek karci swoje młode. Jeśli młode są za mało mądre w pewnym wieku, żeby argumenty rozumowe do nich dotarły, czasem jedynym sposobem jest skarcenie. Niekoniecznie przez bicie (bo przecież o to chodziło, prawda?).
    Chciał bym podkreślić, że nie roszczę sobie pretensji do jedynie słusznego zdania. Mam swoje, ale chętnie zapoznaję się z cudzym. I wymagam tego samego od innych.
    pozdrawiam

  6. Internetowy włóczęga pisze:

    Niewątpliwie interesujące jest (na łonie natury) podglądanie życia i relacji społecznych, również tych pomiędzy rodzicami a ich potomstwem, jakie występują wśród innych żywych istot.
    Myślę, że istota ludzka z wielu przyczyn – tych ewolucyjnych również – ma znacznie większe możliwości od swoich „młodszych braci” i nie musi na ich zachowaniu i postępowaniu się wzorować, choćby w stosowaniu wskazanych i akceptowanych przez przedmówcę P. „Borsuka” metod wychowawczych. Tak, każdy ma prawo w określonych granicach stosować takie środki oddziaływania i metody wychowawcze, jakie uzna za stosowne w określonej sytuacji, ale tutaj poszukujemy tych najpożyteczniejszych.
    Przecież istotniejszy jest osobisty pozytywny przykład i rzeczowy cierpliwy dialog skutkujący eliminowaniem w jakiejkolwiek formie stosowanie środków represji.
    Słowo „człowiek” (nadal) brzmi dumnie 🙂

Dodaj komentarz