Dyskretna obecność

W moim gimnazjum psycholog szkolny to człowiek od trudnych historii. Często tak zagmatwanych, że najpierw trzeba namęczyć się przy wyszukiwaniu nitki, która doprowadzi do kłębka, a czasem kłębowiska spraw. Kilka lat pracy nauczyło mnie, że muszę szukać sojuszników wśród nauczycieli i pracowników szkoły. Okazuje się, że jedną z najbardziej pomocnych osób jest ksiądz-katecheta. Od początku mojej pracy zdobył moją sympatię, bo sam zaproponował mi, że podwiezie mnie samochodem do rodziny K., którą koniecznie chciałam odwiedzić. Warunki mieszkaniowe trudne, bodaj sześcioro dzieci, mama zawstydzona i nieskora do rozmowy. Ale udało się chwilę pogadać, zaprosić do szkoły, przełamać lody. Od czasu tej rozmowy pani K. zaczęła bywać regularnie na zebraniach rodzicielskich.

Kiedy w zeszłym roku jeden z naszych uczniów podjął próbę samobójczą, a sprawa nabrała rozgłosu medialnego, bo w czasie łączyła się z wprowadzeniem programu Zero Tolerancji; ksiądz był nieoceniony w odwiedzaniu uczniów i rozmawianiu z nimi. Robił to z wyczuciem, niemal niewidocznie, a niewątpliwie przyczynił się do tego, że dzieciaki nie czuły się osamotnione, wiedziały, że komuś na nich zależy.

Ostatnio nasza uczennica sama zgłosiła Policji, że chce mieszkać w placówce opiekuńczej, a nie w domu. Procedury zostały uruchomione, dziewczynka jest w Pogotowiu Opiekuńczym. Staramy się z nią rozmawiać, utrzymywać kontakt i znowu ksiądz jest w awangardzie – odwiedził ją osobiście, choć to spora odległość. Nie ma w tym ostentacji, jest prawdziwe wsparcie dla dzieci i psychologa szkolnego.

Jolanta Basistowa

Wpis “Dyskretna obecność” ma jeden komentarz

  1. kzin pisze:

    W Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych, który dawno temu i pod inną nazwa kończyłem, przeprowadzono tkai eksperyment. Na tablicy szkolnych ogłoszeńm których jak wiadomo i tak nikt nie czyta wywieszono małą kartke z informację o wprowadzeniu dobrowolnych spotkań z psychologiem w ramach dwóch programów: „Mój dom” i „Co dalej?”. Zwykła kartka z informacją, żadnych plakatów, obwieszczeń czy biegania p korytarzach. Program prowadziła moja kolezanka. Przez pierwszy tydzień siedziała sobie i czytała gazety. a potem przyszło do niej dziecko a właściwie młody człowiek z poważnym problemem. bo tata nie pracuje i krzyczy na mamę. tak się zaczęło. Teraz ma już grono „petentów” i całą gamę spraw od kłotki i wódki w domach po problemy czy iść na studia czy może pojechac do Irlandii albo czy może zostać. Zdarzają się i takie, że „on już mnie nie kocha”.
    Jaki z tego morał. Ano taki, że jak tłumaczyła nam na zajęciach z psychologii doktor Grzegorzewska, psycholog to taka „szara emilencja”. Czym mniej go widać tym lepiej. „Im ciszej tym przyjemniej”.
    dadam tu jeszcze, że w Polsce taka dyskretna pomoc ma swoją wielką zaletę z zupełnie innej przyczyny. U nas nadal syndrom „czubka” jest wszechobecny. Paraliżuje i odstrasza. Udać się z dzieckiem (albo je wysłać) do psychologa? „Do czubków? W życiu.” Kiedy już nie ma innego wyjścia nagle okazuje się, że psycholog to zwykły szłowiek, z którym – o dziwo – da się nawet pogadać. No kto by pomyślał? 🙂 A o żadnych „czubkach” nie ma mowy.
    A co do roli księdza, to jest ona rzeczywiście nie do przecenienia szczególnie w warunkach wiejskich. wizyty zapłakatych matek/babek/żon/ciotek, są na porządku dzienny,. mój przyjaciel, przez 4 lata wikary na wiejskiej parafii opowiadał, że zdarzało mu się ż eprzychodził do niego dyrektor i mówił: „Ksiądz porozmawia z…, księdza ona posłucha.” Raz opowiadał taką historię. trudna rodzina, ojciec alkocholik, w domu „zero” pieniędzy. Raz proboszcz nie wytrzymał. Po katechezie na której synowie tegoż delikwetna non stop przeszkadzali wybrał sie do niego na skargę. Kiedy PAn Janek usłyszał – a był lekko wypity – co synowie wyrabiaja od razu zawołał do siebie. Nawyzywal – przepraszając księdza za słownisctwo – pięścią pogroził, kazał przeprosić. Proboszcz postanowił pójśc za ciosem. Wziął go na bok i zaczął tłumaczyc, że wstyd, że ludzi gadają, że nie wypada, żeby podszedł na plebanie jest praca. I facet się ugiął. Teraz pracuje w pobliskiej odlewni. Pewnie nie raz publicznie słyszła o sobie że pijak łajza albo i gorzej. ale jak raz na osobności zmusil go do jakiejś deklaracji człowiek którego poważał – zadziałało.
    Przykład może i banalny (a może i nie). Ale myslę że to jest metoda. Zresztą nigdy nie zapomne jak w upokarzający sposób zwróciła sie pielęgnierka do jednego z moich kolegów ze szkoły. Byliśmy wtedy w siódmej klasie, więc wydawało nam się ze jesteśmy już kimś. chodził do nas klega z biednej rodziny w dodatku rolnik, dla którego spracowani rodzice nie mieli czasu – na wywiadówki przychodził brat albo nikt. I pielęgnierka przy wszystkich powiedziała mu że jest brudas i że ona brzydzi się go badać. Zrobiliśmy o to straszną „zadyme”. Nie chodziło o żadne tam prawa człowieka czy godność bo nikt o tym nie słyszał. Ot obrażono naszego kumpla, w dodatku świetnego bramkarza. „wojna” była na całego. Wzywanie rodzieców do wdyrektora, odmawianie chodzenia na lekcje i takie tam. Ale swojego dopieliśmy – pielegniarka musiała opuścić szkołę.
    Dlatego przemówil do mnie tytuł i postanowiłem napisać. W psylogii – jak mawiali Zbójcerze w popularnym komiksie o przygodach Kajka i Kokosza „Trzeba podstepem. Siłą to nie sztuka.”
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz